1 lutego 2017

[147] Fedemiła "Popularity"










Para: Fedemiła (Federico + Ludmiła)
Serial: Violetta:
Rodzaj: Obyczajowy, komedia, romans
Uwagi: praca jest dosyć stara, sprzed paru miesięcy właściwie
Autorka: Patty

Nie wszyscy wiedzą, jakie to uczucie, kiedy nie jesteś sobą... Kiedy przed publiką udajesz zadufaną w sobie 16-latkę. Bycie królową szkoły to ciężka rola. Jeszcze cięższa, kiedy twoje serce mówi ci "Przestań udawać, bądź w końcu sobą"...
Czemu to wszystko nie może być prostsze?
Tak bardzo chciałaby pokazać światu swoją prawdziwą duszę... Dlaczego więc tylko przy NIM potrafi być sobą? Dlaczego, kiedy tylko przekracza próg swojego liceum, zaczyna zachowywać się jak kompletna Diva? Dlaczego nie dociera do niej, że dusi się w swoim życiu? I dlaczego wydaje jej się, że to normalne?
To samo z miłością... Myśli, że jest dobrze. Że kiedy jest w związku z kimś równie popularnym jak ona, to będzie szczęśliwa. Czemu nie potrafi poszukać kogoś, kto ją zrozumie? Czemu chce się dowartościować poprzez umawianie się z kimś, kogo zna cała szkoła?
Wszystko jest bardzo trudne... Szczególnie, kiedy nie masz prawdziwej przyjaciółki. Czemu się pokłóciły? Dlaczego znienawidziła ją jak największego wroga? Teraz nie ma żadnego wsparcia...
Po co próbuje się pocieszać obecnością innych ludzi, skoro to nie oni dają jej satysfakcję?
Ciuszki, buty, pieniądze, kosmetyki i sława. To nie jej główny cel w życiu.
Ale tak właśnie myśli.
Czy każdy musi na nią patrzeć z podziwem? Bycie w centrum uwagi nie jest najważniejsze. Ciekawe więc, dlaczego tego chce...
Wszyscy myślą o niej jak o egoistce, ale chcą jak najlepiej wyglądać w jej oczach.
Dobrze wie, że tak jest. Zdaje sobie sprawę, że wszyscy tutaj są fałszywi. Dlaczego więc tak się wśród nich szczyci, poniża, sztucznie uśmiecha?
Czemu próbuje być kimś innym?


~|~

Łza za łzą wydostawały się z jej oczu. Nigdy jeszcze nie poczuła się tak zraniona. Może inni uznają, że panikuje... Ale ona dobrze wiedziała, co czuje. Zdecydowanie za bardzo przejmowała się opinią innych. Chociaż w szkole nie dawała po sobie tego poznać, bo zwyczajnie duma jej na to nie pozwalała, to w domu była zupełnie inną osobą. Podniosła się z podłogi i wyciągnęła z kieszeni podręczne lusterko. Przejrzała się i delikatnie poprawiła makijaż. Odetchnęła głęboko, bo wiedziała, że za chwilę będzie musiała ponownie wcielić się w swoją rolę. Kiedy uznała, że wygląda wystarczająco dobrze, wyszła z kantorku woźnego. Niemal natychmiast zobaczyła Francescę i Camilę. Podbiegły do niej od razu.
-Ludmiii, gdzie ty byłaś? Szukałyśmy cię! - zawołała Camila.
-Siedziałam tu i tam, wiesz, jak to jest być gwiazdą szkoły - mówiła zupełnie inaczej, niż sądziła. - Musiałam poprowadzić parę osób do porządku, podpisać autografy...
-Ty to jednak jesteś! - zachwyciła się Fran.
-No raczej, że tak - parsknęła. - Ruszajcie się, idziemy na stołówkę.
Stanęła między nimi i wręczyła rudowłosej swoją torebkę.
-Zajrzałam do twojego terminarza, dzisiaj o 15.00 idziemy na zakupy, a o 18.00 masz jogę - oznajmiła Francesca, spoglądając do małego notesu.
-Tak, tak, tak. Zadzwoń do tego całego fitnessu i powiedz, że nie będzie mnie dzisiaj na zajęciach. Mam jakąś... Wysypkę, alergię czy chorobę... Na pewno coś wymyślisz - dyktowałam.
Kiwnęła szybko głową i zanotowała to, co jej powiedziałam.
-Dzisiaj na obiad chcę sałatkę, szklankę soku pomarańczowego i.. Chyba tyle.
-Oczywiście - przytaknęła Camila i popędziła w kierunku szkolnej kucharki.
Czekała na nią kilka minut i w zasadzie nie robiło jej różnicy, czy jeszcze tam postoi, czy nie. Ale kiedy Camila stawiła się z jej tacą, natychmiast wybuchnęła:
-Ile można czekać na głupie jedzenie?! Pospieszyłabyś się chociaż raz!
-Przepraszam, była kolejka i ...
-My wchodzimy bez kolejki, zapomniałaś? - warknęła. - Ugh, już dobrze. Siadamy.
Popędziły na scenę i zajęły miejsca dla VIP-ów. Na podeście jadali tylko najpopularniejsi uczniowie szkoły, takie jak cheerleaderki, szkolne drużyny sportowe, miss i tak dalej...
Usiadły przy jednym z większych stolików. Ludmiła usiadła pośrodku, by mieć na wszystkich oko.
-Hej, kotku - pocałował ją w policzek.
-Leoś, siądź - uśmiechnęła się.
Tak naprawdę chyba wcale go nie kochała. Ale chodzenie z nim było jej obowiązkiem. Związki popularsów opierały się głównie na tym, że ci najlepsi chodzili z najlepszymi - nie było innej opcji. Nikomu nie zależało na tym, czy są razem z miłości. Ważne było tylko to, żeby się razem pokazywali i robili wokół siebie sporo szumu. Ludmiła już przywykła do tej kolei rzeczy i wcale jej to nie przeszkadzało. W zasadzie sama siebie okłamywała, że go kocha.
-Złaź stąd, Camila - burknęła Lu. - Nie zasłużyłaś, żeby dzisiaj koło mnie siedzieć. Lepiej zajmij miejsce obok Francesci.
-A czemu Fran koło ciebie siedzi? - naburmuszyła się.
-Bo ona dzisiaj nie zalazła mi za skórę - rzuciła. - Siadaj tam i nie marudź.
Leon czekał, aż rudowłosa się przesiądzie i zajął jej stałe miejsce.
-Misiek, mówię ci - odezwał się. - Katastrofa... Mój braciszek Federico jutro się tutaj przenosi.
-A czego on tutaj szuka? - parsknęła.
-Rodzice się uparli, żeby poszedł do publicznej szkoły i zapoznał się z towarzystwem ze swojej okolicy.
-Przecież tam miał swoją paczkę - zdziwiła się.
-Właśnie, był popularsem. Musimy więc dopilnować, żeby tutaj nie zajął naszego stanowiska - stwierdził. - Niech wie, gdzie jego miejsce. Rozumiesz, co mam na myśli?
-Do końca tygodnia będzie błagał na kolanach, żeby z powrotem przepisali go do tamtej budy - uśmiechnęła się zadziornie.
-I to rozumiem, maleńka - odpowiedział i pocałował ją w policzek, po czym wróciła do jedzenia.
W sumie... Nie znała Federico. Leon zawsze mówił o nim wiele złego. Przyrodnie rodzeństwo zwykle ma to do siebie, że może je wiele różnić. Współczuła Leonowi, że jego ojciec ożenił się z matką Pasquarelli'iego. Nikt w końcu nie chciałby mieć takiej rodziny (wnioskując z tego, co mówił Leon).
-Pamiętaj, że w przyszłym tygodniu mam mecz - usłyszała głos Leona. Najwidoczniej mówił do niej. - Przyjdź z tym transparentem, który ci ostatnio dałem.
-Jasne, Francesca i Camila z chęcią go potrzymają, skarbie - uśmiechnęła się sztucznie, a widząc zdziwione miny koleżanek, które najwidoczniej miały coś do powiedzenia, uciszyła je gniewnym spojrzeniem.
-No ja myślę - odparł obojętnie Verdas.
Zachichotała sztucznie. Miała dosyć tego, że Leon był strasznie samolubny i z reguły przejmował się tylko sobą. Mimo to, próbowała to jakoś wytrzymać.
Musiała.
Popularność tego wymaga.
Kiedy tylko usłyszała ostatni dzwonek, pokazała palcem na swoją torbę. Momentalnie z krzesełek zaczęły zrywać się wszystkie dziewczęta z klasy. Czekałby, by tylko móc spakować jej rzeczy.
Torba była już zapełniona, a Ludmiła z dominującym wyrazem namalowanym na twarzy, wyszła z klasy, zarzucając na ramię swoją towarzyszkę za 300$.
Wędrowały wzdłuż korytarza, kierując się do wyjścia.
-Jestem naprawdę zmęczona - westchnęła teatralnie.
-Mamy jeszcze iść na zakupy, prawda? - spytała Camila.
-Tak - odparła sucho. Nadal udawała obrażoną za to, że musiała tak długo czekać na swój posiłek. Co prawda, było jej to obojętne, ale bez takich drobnych, szorstkich gestów, Camila na pewno nie latałaby teraz koło niej o wybaczenie. A właśnie o to chodziło Ludmile. Pragnęła być w centrum uwagi.
-Długo będziesz się jeszcze na mnie gniewać? - spytała. Było jej smutno, że jej przyjaciółka nie chce z nią rozmawiać. Nie chciała być z nią pokłócona, bo wiedziała, że w ten sposób się nie wybije. Żeby była bardziej znana, potrzebuje przyjaźni z Ludmiłą. To był ukryty cel zarówno Camili, jak i Francesci.
-Pomyślmy... Dopóki mi nie udowodnisz swojej wierności, to ci nie wybaczę. Jasne? - odpowiedziała, unosząc podbródek do góry i patrząc na nią z ukosa.
-Jak? - dociekała się rudowłosa.
-Oddasz mi przysługę... Zobaczmy...
Rozejrzała się po korytarzu w poszukiwaniu swojej następnej ofiary.
-Popatrz na nią - wskazała wzrokiem Violettę, swoją dawną przyjaciółkę.
Kiedyś były nierozłączne, więc co się stało? Ludmiła doskonale pamiętała dzień, w którym Violetta Castillo ją zdradziła. Zdarzenie to miało miejsce pod koniec 6 klasy, kiedy wystartowało głosowanie na Miss Jesieni. Violetta pomagała jej w kampanii wyborczej, kiedy to nagle wyskoczyła z własną kandydaturą. Obie uznały to za zwykłą rywalizację i odrobinę zabawy. Jednak kiedy Violetta wygrała zaledwie kilkoma głosami.... Ludmiła wybuchnęła złością. Od zawsze zależało jej na tym konkursie, marzyła o tytule. Były wtedy w podstawówce, ale do dzisiaj Ferro rozpamiętuje to wydarzenie i nie rozumie, jak szatynka mogła jej to zrobić.
Od tamtego właśnie wydarzenia, Ludmiła zaczęła przestawać być sobą. Podporządkowała sobie wszystko i wszystkich, zaczęła wykorzystywać fakt, że jej ojciec ma mnóstwo pieniędzy.
Teraz są w pierwszej klasie liceum. Zbliża się wiosna, co wiąże się również z balem i wyborami na Królową Róż. Tym razem Ludmiła Ferro postanowiła wygrać. Wie, że to jej pierwszy rok w tej szkole, ale absolutnie każdy ją tutaj zna i ma za swój autorytet.
Tym razem musi się udać.
Z resztą , Violetta nie ma szans. Skończyła tak, że zachowuje się jak istna hipiska i robi wszystko dla chorych zwierzątek i potrzebujących. To żadna przyszłość i z pewnością nie ma w tym swoich zysków. Bycie miłym i uprzejmym jest fajne, ale co ci z tego będzie, jeśli nie masz nic dla siebie?
Wracając do wydarzeń...
-Popatrz na nią - powtórzyła Ludmiła. Violetta Castillo właśnie wrzucała do odpowiedniego pojemnika ogryzek, po czym razem ze stosem dokumentów udała się na lewo. - Odpuszczę ci, kiedy dostanę ten jej słodziutki, fioletowy pamiętnik.
-Czy ty ją właśnie namawiasz do czegoś złego? - spytała Francesca i popatrzyła na Ludmiłę z niedowierzaniem.
-Och, litości. Ciągle robimy takie rzeczy, a tobie szkoda akurat Violetty? Wiesz, że to mój największy wróg.
-Rozumiem, ale jednak kiedyś się przyjaźniłyście.
-Kiedyś - zaakcentowała gniewnie. - Teraz życzę jej najgorszego.
-Ale...
-Milcz - przerwała. - Chyba nie chcesz, żeby ktoś się dowiedział o tym, że założyłaś dzisiaj szalik z zeszłorocznej kolekcji?
Francesca popatrzyła na blondynkę tak, jakby właśnie popełniła największą zbrodnię.
-Na co czekasz, Camila? Idź tam - popędziła ją Włoszka.
-Tak myślałam - powiedziała do siebie Ludmiła z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
Korytarz był jeszcze pełen ludzi, gdyż nie wszyscy skończyli lekcje. Trójka dziewczyn ruszyła przed siebie, podążając za szatynką.
Camila wyszła bardziej do przodu, wyprzedziła Violettę i stanęła przy jednej ze ścian. Francesca i Ludmiła szły zaraz za nią.
Violetta już miała skręcać w jeden z pobocznych korytarzy, kiedy potknęła się o czyjąś nogę. Nie była w stanie wyczuć, kto to taki, ale zaraz tylko jedno przyszło jej do głowy : Ludmiła, Francesca, Camila.
Chwilę potem szatynka leżała na podłodze, a jej rzeczy walały się po korytarzu.
Camila popatrzyła chwilę na swoje 'dzieło', po czym zobaczyła na pamiętnik. Leżał zdecydowanie za daleko od niej, żeby mogła go wziąć.
-Zadowolone z siebie jesteście? - spytała Violetta, siadając na podłodze. Zaczęła zbierać karki papieru, które leżały wszędzie wokół niej. Cała szkoła widziała jej upadek i właśnie wszyscy się z niej naśmiewali, machając przed nią telefonami komórkowymi. - Przestańcie to nagrywać!
-Och, ależ Violu, nie denerwuj się tak - powiedziała ironicznie Ludmiła. - Camila tylko przez przypadek tamtędy szła i niechcący postąpiła o jeden krok za dużo.
-Na nic wam takie wymówki - mówiła Violetta.
-Tym razem mówimy prawdę - zapewniła Francesca. - Dobrze wiesz, że Camila nie zrobiłaby tego celowo... Wywracanie kogoś to zdecydowanie nie w naszym stylu.
-Właśnie! Przecież mogłoby ci się coś stać, a tego bym nigdy w życiu nie chciała! - Camila kłamała w żywe oczy i podała szatynce rękę.
-W sumie prawda... Nawet wy nie jesteście zdolne do takich numerów.
Wszyscy wokoło zniknęli już z korytarza. Zostały tam tylko one i Castillo. Ludmiła skorzystała z okazji, że Violetta była do niej tyłem i nogą zgarnęła pamiętnik za siebie. W tym samym momencie, Francesca sięgnęła po niego i włożyła go do swojej torby.
Violetta wyciągnęła dłoń, żeby ująć  rękę Camili, kiedy ona nagle ją odsunęła, a Castillo znowu runęła na ziemię.
-Skucha - parsknęła. - Nie licz, że kiedykolwiek ci pomożemy. Mamy nad tobą znaczną przewagę.
Ludmiła zaśmiała się dźwięcznie ze słów rudowłosej.
-Chodźcie dziewczyny. Zaczyna się sezon wyprzedaży, na pewno w moich ulubionych sklepach zarezerwowali dla nas najlepsze ubrania.
-Masz farta, że twój tata jest właścicielem centrum, też bym tak chciała - wyznała Francesca.
-No wiesz, ja w życiu mam najwięcej szczęścia - westchnęła Ludmiła. - To nagroda za bycie świecącym przykładem dla innych.
Odeszły, stukając szpilkami o posadzkę i zostawiając zadziwioną szatynkę ze stosem rozsypanych dokumentów.

~W centrum~
-Wejdźmy jeszcze tutaj - nakazała.
-Jestem już zmęczona - sapnęła Francesca, dźwigając jej torby.
-Ja tak samo - zaczerpnęła oddechu Camila. Również miała w rękach mnóstwo reklamówek z zakupami.
-Dziewczyny, wymiękacie? - spytała z ironicznym tonem.
Wywróciła oczami. Przyjaciółki przydawały jej się do zakupów - zawsze mogły doradzić, posłużyć za szofera albo potrzymać torby. Nie uśmiechało jej się to, żeby sama musiała wlec te rzeczy przez centrum.
-Jesteśmy zmęczone i poza tym... Jeszcze nie odrobiłam lekcji na jutro - odpowiedziała Torres.
-A więc tak? Szkoła jest dla ciebie ważniejsza niż twoje przyjaciółki i zakupy? Jeszcze jeden raz takie coś od ciebie usłyszę, to znowu się na ciebie obrażę, Cams - popatrzyła na nią lekceważąco. - Chcę wejść jeszcze do tych sklepów. Sama sobie poradzę, możecie już stąd spadać.
Popatrzyły na nią przepraszająco i powiedziały szybko "pa", po czym zostawiły jej torby i ruszyły w drogę powrotną.
-Idiotki - warknęła pod nosem Ludmiła i wzięła do rąk swoje zakupy.
Kiedy zmierzała w kierunku ulubionego butiku, poczuła zderzenie.
-Co ty wyprawiasz?! Nie widzisz, że tędy idę?! - wrzasnęła.
-To chyba ty idziesz nie tą stroną, nie sądzisz? - odparł.
-Nie interesuje mnie, co myślisz. Gdy widzisz mnie na drodze, to masz mnie ominąć. Ja nigdy nie zejdę z drogi takiemu bęcwałowi jak ty.
-Bęcwałowi? Wypraszam sobie - prychnął. - A za kogo ty się masz? Za królową wszechświata?
-Stul paszczę i posłuchaj... Mam po dziurki w nosie takich jak ty, którzy myślą, że wszystko im wolno. W tym mieście rządzę ja, czy tego chcesz, czy nie.
-Wybacz, że właśnie zmierzam do pracy - przymrużył oczy.
-To centrum mojego taty, także uważaj - przestrzegła. - W każdej chwili możesz wylecieć, więc się nie wywyższaj.
-Ferro?... Że niby to jest twój ojciec? Szczerze mówiąc, myślałem, że jego córka będzie miała więcej klasy.
-Sugerujesz coś? Bo nie uśmiecha mi się stanie tutaj i odpowiadanie ci na te twoje wredne zaczepki.
-Ja jestem wredny?? A kto przed chwilą wydarł się na mnie na cały regulator, bo szedł złą stroną i nie miał kogo o to obwiniać?
-Nie mam ochoty z tobą  rozmawiać. Jak mówiłam, jesteś bęcwałem.
Odeszła od niego i pomaszerowała w kierunku sklepu.
-Pfff, bęcwał - mówił do siebie pod nosem. - Że niby ja bęcwał? Taa, zawsze i wszędzie. Ja bęcwał.. Też mi coś.
Szedł w kierunku sklepu z elektroniką.
-Federico, gdzie ty byłeś? - zapytała Gery.
-Sorrka. Ale przyniosłem ci obiecane burrito - uśmiechnął się i wyciągnął z torby zapakowane danie.
-Chociaż tyle... Umieram z głodu - zaakcentowała. - Nie uśmiecha mi się siedzieć tu jeszcze do wieczora.
-Poradzisz sobie - pocieszył.
Odpakowała jedzenie i już miała wziąć burrito do ust, kiedy chłopak powiedział:
-Trochę zgniecione..
-Nic nie szkodzi.
-To pewnie przez tę pannę, na którą się natknąłem.
-Jadła to? -popatrzyła z niesmakiem.
-Niee, po prostu.. Szła złą stroną i wpadliśmy na siebie. A potem jeszcze się na mnie wydarła, że to moja wina.
-Niezły tupecik - parsknęła.
-Wyobraź sobie, że to córka naszego szefa - podniósł brwi.
-Taaa no... czekaj, jak jej tam... Ta.. Ludmiła. Ludmiła Ferro.
-Znasz ją?
-Chodzę z nią na parę lekcji.
-Chodzi do Avalon High School?
-No tak - potwierdziła. - Prawdopodobnie jutro ją spotkasz.
-W sumie wydawała się całkiem sympatyczna. Nie patrząc na docinki, wrzaski i "bęcwała".
-Bęcwała? - popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
-No. Nazwała mnie bęcwałem.
Gery nie mogła powstrzymać się od śmiechu, natomiast Federico patrzył na nią tylko w zdziwieniu.
-O co ci chodzi?
-To chyba najdziwniejsze słowo, jakie w życiu słyszałam. Ale chyba się przyzwyczaję, skoro to twoja nowa ksywka.
-Eeej...
-Sorrkkiiii - hamowała się od kolejnego wybuchu. - Ale to silniejsze ode mnie.
-Dobra, ja już kończę zmianę. Także papa.
-Paaa, jeszcze raz dzięki - odmachała mu.
Poprawił torbę, która spoczywała na jego ramieniu i w ciągu kilku minut znalazł się na parkingu. Wcześniej miał nadzieję, że może uda mu się natrafić na intrygującą blondynkę. Może zaoferowałby jej wtedy pomoc przy tych torbach, które ze sobą niosła... Ale szybko się po tym otrząsnął i jeszcze bardziej przyspieszył kroku.
-Jestem - mówił, przekraczając próg domu.
-Cieszę się - odkrzyknęła jego mama. - Marica ugotowała coś w kuchni.
-Wolałem, kiedy ty gotowałaś - odpowiedział.
-Sam wiesz, skarbie. Czasy się zmieniły, odkąd się przeprowadziliśmy. Teraz mamy od tego konkretne osoby.
Wszystko było takie dziwne, odkąd jego mama i on znaleźli się w domu Verdasów. Służba, wspaniałe wyposażenie, drogie sprzęty i gadżety... Pełen luksus. Jednak Federico nie czuł się dobrze w tych klimatach. Wychowywał się w przeciętnym domu, w którym od zawsze mieszkał tylko z mamą i ulubionym psem. Warunki były dobre, miał to, czego było mu potrzeba. A teraz ma też to, czego zawsze pragnął. Ale czy to nie dziwne? Kiedy dostajesz wszystko, czego chcesz i nie masz przy tym ograniczeń? To zupełna nowość, z całą pewnością.
-Lucas! - zawołał. Pies zawsze witał go przy drzwiach domu, kiedy do niego wchodził. Dzisiaj jednak go tutaj nie widział. - Lucas!
Przeszedł całe pierwsze piętro, ale nigdzie nie zauważył psiaka.
-Mamo, widziałaś gdzieś Lucasa? - spytał.
-Nie, poszukaj na górze. Na dole na pewno go nie będzie.
Przytaknął głową i ruszył po schodach na piętro. Przeszedł przez korytarz, kiedy natknął się na swojego przyszłego brata.
-Leon, widziałeś może...
-Nie znajdziesz tu swojego psiura - przerwał.
-Niby dlaczego?
-Bo już go w tym domu nie ma. I więcej nie chcę go tu widzieć.
-Co z nim zrobiłeś? - warknął zdenerwowany.
-Wywiozłem i oddałem znajomym. Już go więcej nie zobaczysz. I przestanie gryźć moje buty.
-Nigdy nie gryzł twoich butów. I zabiję cię za to, co zrobiłeś - mówił, przepełniony gniewem. - Znosiłem twoje głupie zaczepki i pomysły, ale kiedy odebrałeś mi psa... Gdzie on jest?!
-Powiedziałem, że już go więcej nie zobaczysz.
-Dowiem się. A wtedy będziesz miał solidnie przerąbane.
-Powodzenia - zaśmiał się gorzko.
-Nie chcę cię znać - burknął.
Czara goryczy się przelała. Leon zawsze próbował go do siebie zniechęcić i w końcu mu się to udało. Chociaż zawsze był do niego dobrze nastawiony, to tym razem przegiął.
-Dlaczego? Malutki Feduś się rozpłacze, bo stracił kochanego pieseczkaaa?... O, jak przykro.
-Odebrałeś mi przyjaciela, a ja odbiorę ci coś więcej. Przysięgam - mierzył go wściekłym wzrokiem i ruszył na dół.


Nie do końca jest to One Shot, ponieważ planowałam zrobić z tego coś większego. Napisałam może parę innych części, po czym straciłam wenę na cokolwiek (ciężki to  był czas, mówię wam).
Jeśli ktoś jest chętny na przeczytanie pozostałej części, zapraszam po zgłoszenie się w komentarzu - wstawię linka.
Miłych ferii dla tych, którzy je mają, jak i również dla tych, którzy niedługo je zaczną. Natomiast ci, co skończyli - łączmy się w bólu.
Love, 
Patty

2 komentarze:

  1. Chętnie przeczytam pozostałe części 😍✨

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://federico-y-ludmila.blogspot.com/2015/08/prolog-high-school.html proszę bardzo 😀

      Usuń

Każdy, najdrobniejszy komentarz daje nam motywację do publikowania kolejnych prac. Może poświęcisz dla nas chwilkę i wyrazisz swoją opinię? ☼

Szablon by
InginiaXoXo