31 marca 2017

Zamówienie [105] Diecesca "Addiction"

Tytuł: Addiction
Para: Diecesca
Serial: Violetta
Rodzaj: Romans
Uwagi zamawiającego: Buenos Aires. Diego oświadczył się Francesce, ale po jakimś czasie popada w nałóg alkoholowy i narkotykowy przez śmierć swojego ojca. Fran stara się mu pomóc. Szczęśliwe zakończenie.
Moje uwagi: -
Zamawiający: Sarka xx
Autorka: Patty


Zdumiewające, jak wszystko szybko może się skończyć. W jednej chwili mamy kogoś u swojego boku, a zaraz potem on znika - z własnej decyzji lub nie. Kiedy go już nie ma, czujemy pustkę. Zapewne ciężko będzie ją nam wypełnić przez długi okres czasu, być może nie wypełnimy jej wcale. Zdawałem sobie sprawę, jak ciężkie jest utracenie najważniejszej osoby w swoim życiu, tej, która pokazała ci życie, kochała bez oczekiwania na korzyść, bezinteresownie. Nigdy jednak nie pomyślałbym, że to jeszcze cięższe, niż pokazują to w filmach.
Oglądając każde pojedyncze smutne sceny ukazywane było mi jedno: scena płaczącej w poduszkę dziewczyny, która później nagle odzyskuje humor, bo wkracza w to wszystko miłość jej życia. Bujdy na resorach. Nikt, ale to nikt, nie pomoże wam się oswoić z takim bólem. Musicie sami zaakceptować go, wyzbyć się lub żyć z nim, skazując się na męczarnie. 
Wiedzcie, że straciłem ojca. Choć nie znałem go całe swoje życie, czułem, jakby ze mną przez nie przemierzał. Nauczył mnie tyle, ile nie nauczyłem się sam w ciągu wszystkich tych lat. Był moim przewodnikiem. Nie zawsze było idealnie, ale potrafiliśmy się godzić. Teraz wszystko przepadło. O tyle, ile każda chwila naszego życia sekundę później staje się jedynie wspomnieniem, to teraz straciłem absolutnie wszystko, gdyż dalszych losów dla mnie i ojca już nie ma. Wszystko prysło. 
Mawiają, że Bóg istnieje. Czemu więc skazuje nas na cierpienie? Gdzie jest, gdy zwijamy się z bólu wewnątrz siebie, gdy nie potrafimy powiązać końca z końcem, lądujemy na ulicy? Ktoś powie: zasłużyłeś sobie. Lecz czym? Czym zasłużyłem sobie na te uczucia? Czym mój ojciec zasłużył na wczesną śmierć? Nie wierzę w Boga. Wierzyłem. Jednak to już również stało się jedynie wspomnieniem.

Chłopak przejrzał jeszcze raz kartkę, na której napisał swe myśli. Kiedy coś go trapiło, przelewał myśli na papier, pozwalał im wyparować z jego głowy. W tym przypadku ciężko było o jakiekolwiek wymazanie tego z pamięci. Stracił ojca. Nagle, bez zapowiedzi, stało się.
Przycisnął na zapalniczkę i podłożył ogień do papieru. Obserwował, jak płonie coraz bardziej, aż w końcu znaczna całość kartki przeistoczyła się w czarny osad.
Nie pamiętał, kiedy zaczął płakać i nie wie też, kiedy skończy.
Może jeszcze trochę zapomnienia? Wlał pełną szklankę czystego alkoholu do szklanki. Chciał przestać o tym myśleć, ale miał wrażenie, że z każdą kolejną kroplą rozpamiętuje jeszcze bardziej. Kiedy przestanie tak się tym zadręczać?
-Diego... - zaczęła dziewczyna, gdy zobaczyła, że po raz kolejny dziś sączy wódkę. Nie podobało jej się to, była zmartwiona, a i tak 'zmartwienie' to zbyt mało powiedziane. - Przestań, mówiłam ci już coś na ten temat.
Chłopak odwrócił głowę w jej stronę i spojrzał przekrwionymi oczami, przepełnionymi obojętnością. Nie była pewna, czy spożywał dziś tylko alkohol.
-Jeśli to tak dalej pójdzie, zaszkodzisz sobie - podeszła do niego szybkim krokiem i odebrała naczynie z ręki. - Możesz nawet umrzeć, rozumiesz? To niebezpieczne. Dzień po dniu robisz to samo, nie ma w tobie życia.
-Może tak jest lepiej - warknął, spoglądając z powrotem na spowijający się za oknem mrok. Przypominał mu jego duszę. Tajemnicza, czarna pustka. Czy można to lepiej opisać?
-Zrozum, że chcę ci pomóc - uklękła przed nim. - Jeśli będziesz brał takie ilości w tak szybkim czasie, zaszkodzi ci to bardziej niż kilka lat codziennego picia po kieliszku, nie rozumiesz? Błagam po raz kolejny, nie krzywdź się.
-Nie rozumiesz nawet, co czuję. Więc po cholerę zamierzasz dawać mi pouczenia? Piję, bo mogę. Biorę, bo mogę. Palę, bo mogę. Nikomu nic do tego, to moje życie.
-Twoje życie? Tym pierścionkiem zasugerowałeś, że chcesz je ze mną dzielić - pokazała złotą obrączkę ze srebrnymi kryształkami w środku. - Nie chcę, żeby druga połowa mnie sama się wyniszczała. Jesteśmy w tym razem.
-Nie, nie jesteśmy. Nie straciłaś ojca. Nie straciłaś nikogo, kto znaczył dla ciebie najwięcej.
-Najwięcej powiadasz - rzekła. - Więc co ja dla ciebie znaczę?
-To nieistotne, nie o tym rozmawiamy. W ogóle przestańmy rozmawiać.
Popatrzyła na niego martwo.
-Tak, przestańmy. Przestańmy rozmawiać o czymkolwiek - zacisnęła zęby. - Przestańmy może istnieć, co? Widzę, że nawet, gdy zniknę z twojego życia, niezbyt się tym zainteresujesz.
Nic nie odpowiedział. Milczenie znaczyło dla niej wszystko.
-Może zamiast mówić, przejdźmy od razu do czynów? - podniosła głos, zdjęła pierścionek bez żadnego wahania i rzuciła mocnym ruchem do śmietnika. - Wsadź go sobie głęboko gdzieś.
Odwróciła się na pięcie. W jej oczach już zaczynały zbierać się łzy, ale musiała godnie wyjść z pokoju. Nie była przygotowana, że to się tak skończy. Oparła się o ścianę, spoglądając ukradkiem, czy za nią pójdzie. Nic. Siedział dalej w tym samym miejscu, patrzył przez okno. Zauważyła u niego mały ruch. W jej sercu zrodziła się nadzieja, że może coś do niego dotarło, ale nie. Sięgnął jedynie po stojącą obok butelkę, pobierając z niej kolejne łyki alkoholu.
Zwinęła dłonie w pięści najmocniej, jak umiała. Paznokcie wbijały jej się mocno w skórę, ale nie zważała na to. Wybiegła najszybciej, jak tylko umiała. Wróci po swoje rzeczy - kiedyś. Teraz nie myśli o niczym innym, niż żeby jak najszybciej wydostać się z tego miejsca.


Obudził się. Słońce zdawało się parzyć go w oczy. Odwrócił się w drugą stronę i po omacku szukał zasłony. Udało się. Cały pokój spowiła ciemność.
Zauważył kilka pustych butelek, pozostałości po ostatnich nocach. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo boli go teraz głowa. Co się z nim działo? Spał po raz pierwszy od kilkudziesięciu godzin. Nie umiał zasnąć. Czuł, że narkotyki w jego ciele przestawały działać. Ostatnimi siłami wstał, by zajrzeć do szuflady. Zajrzał pod sterty swoich koszulek, by wyciągnąć foliową torebkę z białym proszkiem, ale... zaraz... Gdzie to jest?
Nie ma?
Skończyło się?
Jak to?
Uderzył z całych sił w drewnianą komodę, po czym kopnął w stojący obok kosz na śmieci. Spojrzał mimowolnie w jego stronę. Co tam jest?
Och, to tutaj wyrzucał puste torebki po papierosach. Ciekawe, ile godzin życia mu już zabrały, pewnie sporo. Coś błyszczącego przemknęło wokół sterty papierków. Jakaś biżuteria?
Sięgnął ręką i obrócił przedmiot w palcu. Poznawał go, ale nie umiał sobie uświadomić, że należał właśnie do niej. Pierścionek zaręczynowy.
-Francesca? - zawołał cicho. - Francesca?!
Pobiegł w stronę drzwi, chwiejąc się. Musiał złapać się futryny, żeby nie upaść na ziemię.
-Francesca!
Cisza. Największe milczenie, jakie kiedykolwiek słyszał. Nic nie wydawało dźwięku, nawet zmywarka nie chodziła z rana, choć zwykle właśnie wtedy dziewczyna ją włączała.
Uderzył lekko głową ścianę, później mocniej, jeszcze mocniej. W zasadzie nie wiedział, czy go to boli. Co on wczoraj zrobił?
Zauważył telefon stacjonarny w dużym pokoju. Pamięta tylko jej numer, jej i Leona. Jeśli coś jej zrobił, a miał pewność, że tak się stało, to na pewno nie odbierze. Francesca Cauviglia była najbardziej upartą, dumną i zaciętą osobą, jaką znał, ale lubił w niej to. Byli tacy sami.
-Leon, stary. Pomoc - mówił z taką trudnością, jakiej wcześniej nie znał - nawet w przedszkolu, kiedy pani kazała literować. - Nie wiem. Nie ma jej. Boję się tu. Chłopie, proszę. Chyba za dużo d-dziś.
-Halo, kto mówi? - syknęła jakaś starsza kobieta.
Czyli jednak nie pamięta numeru do Leona.
Na końcu była piątka czy dwójka? Co wpisał teraz. Ence, pence...
-Halo? - usłyszał. Miał już pewność, że to jego kolega. - Diego? Gdzie masz komórkę, czemu dzwonisz z...
-Słuchaj - odetchnął. - Nie pamiętam n-nic. Jakieś sceny. Dzisiaj przegiąłem, przegiąłem, rozumiesz to. Nie ma jej, nie ma Fran. Ona, ona chyba poszła. Tutaj bądź. Błagam.
-Diego, cholera jasna... Zaraz. Zaraz będę, nie ruszaj się z domu.
Nie pomyślał o tym, żeby wychodzić. Ale może to będzie dobre wyjście? Poszuka jej. Na pewno jest u Violetty. Albo Camili. Ludmiły. U którejś z nich. Mówiła, że ma klucze od mieszkania Camili. Wyjechała gdzieś. Na pewno tam poszła. To nie jest daleko, da radę.
Kartka, długopis. Coś mu się uda napisać. Będzie dobrze. Leon przeczyta, będzie wiedział
"Ja do Amili nje przychdz dam sbie radu"

Chwycił za klamkę. Na własne oczy widział, jak jego ręce nie powstrzymują się od drżenia. On przegiął. Wiedział o tym. Był wcześniej zbyt zaślepiony, a teraz nie wie, co się dzieje.
Chyba nie zamknął drzwi, ale nie przejmował się tym. Szedł prosto, a przynajmniej tak mu się zdawało. Jakaś pani spojrzała na niego z ukosa, na pewno widziała, co się z nim stało.
Dom Camili. Francesca. Tylko o tym myślał. Tak ją kocha.
-Francesca! - wrzasnął najgłośniej, jak umiał, stojąc pod murami domu. Powtarzał ryk co kilka sekund. Czyżby jej nie było? Zdawało się, jakby nie otwierała wieki.
-Czego ty tu... - wyjrzała zza drzwi i oniemiała. - Boże.
To, co widziała, przechodziło jej wyobrażenia. Dlaczego go zostawiła? Zrobił ze sobą coś potwornego. Kto wie, ile tego wziął po tym, jak wyszła.
-Diego, jak ty się czujesz, co się dzieje?
-Nie wiem, nie wiem, co zrobiłem, ja przepraszam cię, nie chciałem nic, to było nie tak. Ja wiem, że kochasz, że pomóc chciałaś, ja wiem. Ja wiem to wszystko, zgubiłem się. Zgubiłem się i nienawidzę się za to. Ty musisz mi wybaczyć, jeśli nie, to ja umrę nawet tu i teraz, nie umiem żyć. Nie umiem bez ciebie.
Jego nieposkładane zdania tylko utwierdzały ją w przekonaniu, co ze sobą zrobił. Brał coś jeszcze. Nie zachowywał się tak, gdy przyszła do niego wieczorem.
-Jedziemy do szpitala, rozumiesz - powiedziała do niego.
-Nie, żaden szpital - zaprzeczył, zamykając oczy na dłuższą chwilę. - Nie chcę. Zamkną mnie. Dadzą na jakieś głupie odwyki. Zamkną. Zamkną i...
-Diego, co się dzieje? - spytała przerażona, gdy zauważyła, że nagle zamilkł i zacisnął powieki. Poklepała go w policzek kilka razy. Czuła, jak Diego osuwa się powoli na ziemię.
Szybko. Samochód. Szpital. Pomoc.
Sylwetka szatyna pojawiła się w drzwiach. Leon Verdas.
-Skąd...
-Nieważne, nie ta pora. Szybko, Francesca. Do auta.


Trzymała się za głowę. Biel w tym pomieszczeniu co najmniej ją przytłaczała. Było zimno, surowo, widać było, że to szpital. Pusto, jedynie jedno łóżko i ciasne, maleńkie pomieszczenie. Mała szafka w rogu i uwieszony na ścianie telewizorek. Nie wie, ile tu siedzi, ale z pewnością długo. Wiele osób zdążyło już tutaj zajrzeć, pytali, co się stało, ale nie miała siły opowiadać już nikomu więcej. Zapewne i tak Leon o wszystkim już poinformował. Spojrzała na kroplówkę, podłączoną do ręki Diego. Położyła na niej swoją dłoń i pogładziła jego skórę.
-...zamkną i nie będę mógł być z Francescą - wyszeptał.
Wzięła lekko oddech w płuca.
-Diego? - odezwała się. Czuła, jak łzy napływają do jej obu oczu.
-Co się dzieje? Gdzie jestem? Zabiorą mnie.
-Cii, nie mów tyle - uspokoiła go. - Oszczędzaj siły. Pozwól, że ja ci coś powiem. Nic ci nie zrobią. Być może pójdziesz na odwyk, ale to będzie dobre. Jeśli powiesz, od kogo to masz, nie zamkną cię. Musisz się przyznać.
-Ja to tylko znalazłem, leżało w domu - powiedział.
-Jak to?
-Tata chyba... On chyba tego używał - czuł potworne osłabienie. - On tak umarł, tak sądzę. Nie robili nawet jeszcze sekcji. Ale to od tego. Tak. Tak sądzę.
-Chciałeś skończyć, jak on? Zostawić mnie? Przecież wiesz, że to potworne.
-Chciałem tylko zapomnieć. Ale to był błąd. Największy. Nie chodzi o to, że straciłbym życie. Straciłbym ciebie. Ja nie chcę cię tracić.
-Odpoczywaj, nadal plącze ci się język - uśmiechnęła się. - Wyjdziesz z tego, idź spać. Będę przy tobie.
-Obiecujesz? Kochasz mnie?
-Obiecuję i kocham - ścisnęła lekko jego rękę. - Damy radę. Nic nas nie powstrzyma, pamiętasz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy, najdrobniejszy komentarz daje nam motywację do publikowania kolejnych prac. Może poświęcisz dla nas chwilkę i wyrazisz swoją opinię? ☼

Szablon by
InginiaXoXo