30 grudnia 2015

[078] Dienaty "Zagrożenie"


Tytuł: "Zagrożenie"
Para: Dienaty (Diego + Naty)
Serial: Violetta
Rodzaj: Dramat, akcja
Uwagi: Tajemniczy wirus dziesiątkuje lub zamienia w krwiożercze bestie prawie całą ludzkość. Grupka przyjaciół próbuje przetrwać i znaleźć antidotum. 
Inspirowane filmami "Jestem Legendą", "Naprzeciw ciemności"
Miejsce: Nowy York
Autorka: Patty






Wyszłam na drogę. Pełno zamieszania, wszędzie światła, spanikowani ludzie i policyjne radiowozy. Każdy chciał uratować swoje życie, jakiekolwiek ono było. Od niemowląt po emerytów. Wszyscy chcieli wydostać się z Nowego Yorku, w którym działa się ta tragedia



Cały świat był pogrążony w tym bagnie. Każdy się ewakuował, chciał jak najprędzej dostać się do głównej bazy, która była tworzona w obrębie każdego państwa. Ze łzami w oczach oparłam się o ścianę budynku.



Zbliżyliśmy się do strefy ewakuacji. Strażnicy badali wszystkich za pomocą tych dziwnych urządzeń i sprawdzali, kto jest zdrowy i kto nie przenosi wirusa. Zaraz potem przepuszczali go do helikopterów lub kazali odizolować od reszty społeczeństwa. Kiedy tylko nadeszła nasza kolej, zatrzymałam moją rodzinę.



-Mamo - mówiłam. - Zabierz ze sobą tatę i Avalon.



-A co z tobą? - spytała, przytulając mnie do siebie mocno



-Dobrze wiesz co - przełknęłam gulę, która utknęła mi w gardle. - Razem z resztą muszę zażegnać ten kryzys.



-Kocham cię, córciu - pocałowała mnie w policzek i przytuliła jeszcze raz.



-Ja ciebie też bardzo kocham.



Chwilę potem u mojego boku zjawił się ojciec, trzymając na rękach moją siostrę. Postawił ją na podłogę i podszedł do mnie.



-Dasz sobie radę, wierzę w ciebie - przytulił mnie do swojego torsu.



-Wy też dacie radę. Dotrzecie do bazy i przeżyjecie, obiecaj, że tego dopilnujesz - mówiłam, popłakując.



Tata skinął głową i ustąpił miejsca Avalon.



-Nie idziesz z nami? - spytała smutno.



-Nie, kruszynko. Muszę zostać i pomóc ludziom.



-Ale spotkamy się jeszcze?



-Tak, na pewno - powiedziałam, a moja mama wybuchnęła głośnym płaczem, wtulając się w tatę. Sama nie wierzyłam w to, co mówiłam. Wiem, że już nigdy nie spotkam się ze swoją rodziną.



-Przysięgasz?



-Przysięgam.



-Trzymam cię za słowo - przytuliła mnie, a ja wzięłam ją na ręce i pocałowałam w czoło. Najchętniej wybuchnęłabym teraz głośnym płaczem, ale musiałam się powstrzymywać przy małej. Inaczej będzie przejmowała się całą sytuacją i domyśli się, że dzieje się coś złego.



Podeszli do strażnika. Przy badaniu każdego z nich ukazywało się zielone światło. Byłam zadowolona - zdali pozytywnie, byli zdrowi. Mogli jechać teraz do bazy i się uratować. Również poddałam się krótkiemu badaniu. Zielone światło. Czyli jestem zdrowa i mogę przystąpić do dalszej części planu?



-Żegnajcie - krzyknęłam i pomachałam im na pożegnanie. Mimo to, już mnie nie słyszeli.



Najbardziej jednak cieszyła mnie perspektywa, że cali i zdrowi dotrą do bazy.



Przedostałam się przez tłum ludzi, ale bardzo ostrożnie. Teraz absolutnie każdy mój ruch może narazić mnie na zakażenie się tym świństwem.



Wybrałam numer do niego. Do Diego... Razem z nim chciałam to przetrwać. Ja i moi przyjaciele musimy pomóc całemu światu. Musimy zbadać sytuację i znaleźć antidotum.



-Halo - odezwał się.



-Gdzie jesteś? - spytałam.



-Właśnie pożegnałem się z rodziną - odparł, chociaż wyraźnie słyszałam smutek jego tonu. - A ty?



-Pod swoim blokiem.



-Zaraz tam będę.



Nie czekałam długo, kiedy już był obok mnie. Widząc go, bardzo się ucieszyłam. Kiedy wiem, że będę przebywać razem z nim, to wszystko wydaje się mniej tragiczne. Podbiegł do mnie i mocno mnie przytulił, po czym pocałował w czubek głowy.



-Tęskniłem.



-Ja też - uśmiechnęłam się blado.



-Przetrwamy to..



-Tak, wiem.... Razem możemy wszystko.



Zaśmiał się krótko, a na końcu westchnął.



-Trudna sytuacja - mówił, kiedy nadal się przytulaliśmy.



-Damy radę... jakoś musimy.



-Wszystko się uda, kiedy jesteś obok.



-Tak samo mam z tobą.



Ta sprawa była okropna. Nie chciałam dłużej myśleć o tym, co się właśnie dzieje, ale to na tym będę się skupiała w najbliższym czasie.



-Reszta czeka pod szkołą.



-Idziemy...



Kiedy dotarliśmy pod mury naszego starego liceum, łza zakręciła mi się w oku. Teraz była to zwykła ruina. Bestie zniszczyły tu absolutnie wszystko. Czemu to zrobiły z tym miejscem? Może resztka ich ludzkiej podświadomości pamiętała czasy liceum? Może właśnie wtedy przytrafiło im się coś naprawdę okrutnego? Może wydarzyła się tutaj jakaś tragedia? Nie chciałam wiedzieć, czy będąc zarażonym tym wstrętnym wirusem zachowuje się chociaż odrobinę ludzkiego 'ja'. Musiałabym się o tym przekonać tylko poprzez stanie się potworem, a tego nikt bez wyjątku tutaj nie chciał.



Patrząc na twarze swoich przyjaciół, poczułam ulgę. Każdy z nas był zdrowy i mogliśmy realizować nasz cel.



-Poddaliście się testom? - spytał Federico.



-Tak - odparli wszyscy chórem.



-Wszyscy zdrowi? - wtrącił Broduey.



-Tak - powtórzyliśmy razem.



-W takim razie... - zaczął Broduey. - Czas dać im popalić.





~~~~~~~~~~||~~~~~~~~~~~







-Co my teraz zrobimy? - pytała Naty drżącym głosem. Kierowała te słowa głównie do siebie, bo chyba nikt inny jej tutaj nie słuchał. Byli zbyt skupieni na tym, żeby znaleźć rozwiązanie.



-Nie mam pojęcia - odpowiedział Diego. - Ale muszę w jakiś sposób dostać się do szpitala.



-Do szpitala?! - warknął Leon. - Oszalałeś? Mamy się przetoczyć do centrum miasta, gdzie jest ich pełno?!



Popatrzyła na Ludmiłę, która siedziała zaraz koło niej. Łzy spływały po jej policzkach. Kto by pomyślał, że taka silna dziewczyna nagle straci całą pewność siebie? W sumie się jej nie dziwiła. Ta sytuacja wymagała naprawdę stalowych nerwów, a żadna nastolatka, jaką znała, takich nie miała. Walczyli w końcu na śmierć i życie. Jeden niewłaściwy krok, ruch ręką czy oddech i się zarażą. A wtedy skończą jak te potwory.



-Leon, ja go rozumiem - Violetta położyła mu rękę na ramieniu. - Nigdzie indziej nie znajdziemy potrzebnych leków, substancji itp...



-Oni są mądrzy - wtrącił Federico. - Wiedzą, że tam pójdziemy. Będą czekali.



-W takim razie pójdę sam - parsknął Diego.



-Nie ma opcji. Nie zostawimy cię w tej sytuacji. Chociaż jestem temu przeciwny, to pójdę - rzekł Leon.



Popatrzyła na twarze ich wszystkich, a na każdej malowało się przerażenie. Nikt nie chciał umierać, ale było to lepsze rozwiązanie niż takie, by stać się bestią. Bestią, która bez wahania mogłaby pożreć wszystkich wokół.



Jak to się w ogóle stało? Jak to się stało, że wybuchnęła cała ta epidemia? I czemu nie zabrano ich do bazy? Dlaczego przegapili okazję, by stąd uciec? To całe zamieszanie... Każdy chciał uratować swoje życie, przeciskał się pomiędzy najciaśniejszymi uliczkami, by tylko móc wyjechać z miasta.



A ci przerażający strażnicy, którzy sprawdzali wszystkich za pomocą tych dziwnych maszyn? To oni decydowali, kto jedzie, a kto nie. I tak wiele osób zostało odesłanych... Dlaczego to się akurat teraz przytrafia? Dlaczego to się w ogóle przytrafia?! Przekleństwo... Nienawidziła świata. Nienawidziła świata za to, co im wszystkim zrobił. Nikt nie zasługuje na taką karę.



-Ja też idę - wstała Ludmiła, a Federico w momencie wziął ją w ramiona.



-Nie, ty zostajesz. Nie pozwolę ci, jasne? Za bardzo się o ciebie boję - protestował.



-Idziemy wszyscy - odezwałam się w końcu. - Musimy.



Violetta wydała z siebie gardłowy jęk. Wszyscy już zapomnieli o tym, że jeszcze niedawno mocno zraniła się w rękę.



-Opatrzę ci ranę, kiedy tylko dotrzemy do szpitala - obiecał Diego.



-Wszystko będzie dobrze, skarbie - Leon wziął szatynkę na ręce. - To ruszamy..



Natalia podniosła się z podłogi i odgarnęła z czoła burzę czarnych loków. Nie chciała stąd wychodzić, kiedy wiedziała, jakie niebezpieczeństwo może na nich wszystkich czekać. Ale nie było innego wyjścia. Musieli zaryzykować, jeśli chcieli wyjść z tego cało.



"O ile wyjdziemy" - pomyślała Naty.



Przemknęli się szybko przez schody. Diego, Leon i Federico co chwilę nerwowo się oglądali, pilnując nas jak oczka w głowie. Natomiast Natalia, Violetta i Ludmiła szły blisko siebie, ściskając mocno swoje ręce. Im wszystkim wydawało się, że to tylko koszmar i za chwilę się wybudzą. Każde z nich przeszło rozczarowanie, kiedy okazało się, że to po prostu rzeczywistość.



Na zewnątrz było zupełnie szaro. Ulice nigdy wcześniej nie były tak puste, bo to w końcu Nowy York. Auta sprawiały wrażenie, jakby ktoś porozrzucał je we wszystkich kierunkach, znaki były powykrzywiane, w powietrzu unosił się zapach dymu. Dlatego też kiedy tylko ukazało się im dzienne światło, popędzili na lewo. Szpital był kilka przecznic stąd, może uda im się jakoś tam dotrzeć.



Natalia popatrzyła do przodu. Diego biegł na czele i prowadził ich w odpowiednim kierunku. Zaraz za nim była Ludmiła, później ona sama, Violetta i koniec ubezpieczali Federico i Leon. Cała ich banda przemieszczała się miastem.



-Słyszę ich. Słyszę, jak do siebie szepczą - mówiła do siebie Violetta.



-Jakim cudem? - wtrąciła Natalia.



-Sama nie wiem. Ale słyszę wszystko, nawet brzęczenie muchy, która siedzi na tamtym oknie - wskazała palcem.



-Violetta...- szepnął Federico. - Nie, to niemożliwe...



-Co niemożliwe? - zapytał Leon.



-Nie będziemy się tutaj zatrzymywać.



-Będziemy - Leon złapał go za ramię i stanęli w miejscu. Widząc to, Diego również się zatrzymał.



Wszyscy podeszliśmy bliżej do Włocha, który najwidoczniej miał nam coś do oznajmienia.



-Pamiętacie? Dzisiaj o 3.00 nas zaatakowali.



Natalia przypomniała sobie wydarzenia minionej nocy. Doskonale pamiętała, jak jeden z potworów zaciągnął Francescę do jednego z małych, ciasnych pomieszczeń w miejskim wysypisku. Na tę myśl łza zakręciła jej się w oku. Już tyle przyjaciół musieli pożegnać...



-Jeden z nich... Jeden z nich zranił Violettę - kontynuował Federico. - Ugryzł ją.



-Co to ma do rzeczy?! - warknął Leon. - Mów Federico, mam dosyć tego owijania w bawełnę.



-Violetta niedługo się przemieni... Ona.. przemieni się w jednego z nich. Niedługo będzie nas zabijała bez opamiętania.



Wszyscy oniemieliśmy.



-Boże... - Ludmiła zakryła twarz w dłoniach.



Leon stał w miejscu tak, jakby nadal do niego nie dotarło to, co właśnie usłyszał.



-To niemożliwe.



-Możliwe. Są jak krwiożercze wampiry. Gryzą, jeśli chcą kogoś przemienić. Nie żywią się krwią, tylko mięsem. A ich żądza krwi jest nie do okiełznania... - sprecyzował Diego.



-Jestem potworem  - powiedziała Violetta.



-Kochanie, nie.... - zaczął Leon.



-Jestem potworem - powtórzyła.



-Violetta.. - wyszeptał i przytulił ją, zaplatając ręce w jej talii.



-Nie, Leon, nie dotykaj mnie - odepchnęła go od siebie. - Nie chcę cię zarazić albo... zabić.



-Walić to - przytulił ją ponownie i pocałował czule. - Możesz być kimkolwiek, i tak nie przestanę cię kochać.



-Ale... Jestem potworem - powtórzyła po raz kolejny.



-Co z tego?



-Nie, błagam... Zostawcie mnie - zaczęła wycofywać się do tyłu. - Nie chcę wam zrobić krzywdy...



Cofała się coraz bardziej, aż w końcu zaczęła biegnąc w przeciwnym kierunku.



-Vilu! - wrzasnął za nią Leon i sam rzucił się w bieg.



-Moja przyjaciółka... ona.... boże - Ludmiła dalej lamentowała, zakrywając twarz.



Natalia natomiast nie potrafiła odezwać się słowem. Violettę to spotka. Stanie się tym kimś. I niedługo zapomni o tym, że się przyjaźnią. Zaczną być dla niej... pożywieniem?



-Idziemy dalej - nakazał Diego.



-A Violetta i Leon? - upomniała Ludmiła.



-Już po Violettcie... A Leon... Nie zostawi jej.



Wszyscy spuściliśmy głowy i ruszyliśmy do przodu.







~~~~~~~~~~||~~~~~~~~~~~




-Puść ją, ty krzywa i przebrzydła kreaturo! - wrzasnęła Ludmiła i rzuciła kilkoma fiolkami w głowę potwora. Kolorowe substancje zaczęły wnikać w jego skórę, wywołując przeraźliwy krzyk. Korzystając z chwili, Natalia wyrwała się z jego rąk i pobiegła do blondynki.



-Musimy znaleźć chłopaków - powiedziała szybko i obie uciekły z tamtego miejsca.



-Wzięłaś?



-Mam - ścisnęła w ręce fioletowe serum.



Pędziły przez korytarze, zatrzymując się w białym laboratorium. Po chłopakach nie było tam ani śladu.



-Co się stało? - wyjąkała Naty, kiedy zobaczyła czerwoną plamę na podłodze.



-Nie widzę tu żadnej pustej butelki po ketchupie, więc...  - rzuciła Ludmiła. - Lepiej ich poszukajmy. Któryś z nich może być ranny.



-Znając Diego, pewnie udał się do drugiego laboratorium - wskazała na planie budynku Natalia. - Ale jest ono na najwyższym piętrze, a winda nie działa.



-Schody pożarowe - odparła Ludmiła i pociągnęła koleżankę za rękę.



Już po chwili znalazły się na zewnątrz i wspinały po stopniach na sam szczyt szpitala.



-Ludmiła! - pisnęła Natalia, kiedy spojrzała w dół. Kilka bestii rzuciło się na jej przyjaciółkę i pociągnęło ją za trampek.



-Uciekaj Naty - nakazała. - Daj im serum i ocalcie świat.



Łzy pojawiły się w jej oczach. Widziała, jak blondynka gwałtownie spada w dół, by po chwili kilka potworów mogło zaciągnąć ją w jeden z zaułków. Natychmiast popędziła w górę i dostała się do środka.



-Natalia - usłyszała.



-Mam antidotum - podała je do ręki Diego.



-Dobrze więc - włożył je do jakiejś maszyny.



-Gdzie Federico? - spytała, kiedy nie dostrzegła go nigdzie.



Diego zacisnął powieki, ale milczał. Wiedziała, co się stało z ich przyjacielem.



-Co ci się stało w ramię? - zamarła.



-To tylko drobne draśnięcie.



-Pokaż - odsunęła jego rękę. - Diego, ty... On cię ugryzł.



-Nic nie szkodzi. Kiedy antidotum zacznie działać...



Nagle przez drzwi do sali przebiło się światło. Jeden z potworów biegł i rzucił się na Diego, uderzając nim o ścianę.



Natalia nie wiedziała, co ma robić. Sięgnęła po strzykawkę, którą wcześniej przygotował Diego i natychmiast wbiła ją w rękę stwora, wpuszczając do jego żył serum uzdrawiające. Rozległ się kolejny krzyk, a zgniła i poharatana skóra została zastąpiona ludzką.



-Leon? - dopytała. - W porządku.



-Uważaj! - krzyknął.



Obróciła się i przy swojej twarzy zauważyła kolejnego potwora. Nie zdążyła nawet pisnąć,  kiedy szatyn również potraktował go zastrzykiem.



-Vilu - złapał ją, kiedy osunęła się na ziemię. - Natalia, naciśnij pomarańczowy guzik. Rozpyl to cholerstwo na całym Nowym Jorku.



Natalia wykonała polecenie, słysząc jakieś dziwne odgłosy. To zapewne ta ogromna antena, która znajdowała się na szczycie szpitala. Wyjrzała przez okno.



-Co to da?



-Pył rozniesie się na szerokości kilku milionów kilometrów. Każdy potwór, który zacznie nim oddychać, przybierze znowu ludzką postać.



-Uratowaliśmy świat - wyszeptała.



-Dokładnie - powiedział Diego, łapiąc ją za rękę.








Hej, hej ♥
Nie wiem, czy się sprawdziłam, gdyż nie sądzę, żeby tego typu One Shoty były moją specjalnością, ale mam nadzieję, że taka typu odmiana nieco wam się spodoba :') Ale nadal mam przeczucie, że coś tu zawaliłam, ew ;-;
Otóż polecam wam bardzo filmy, które wymieniłam tam wyżej w uwagach ↑
Może komuś się spodobają.
Zapraszam do składania zamówień!
Pozdrawiam,
Patty♥

3 komentarze:

  1. O mój boże, Patty *o*
    Jaki piękny jest ten Shot :D
    Płakałam, płakałam przy każdym zdaniu <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny *o*
    Dzięki ci, że tak to się skończyło ^^

    OdpowiedzUsuń

Każdy, najdrobniejszy komentarz daje nam motywację do publikowania kolejnych prac. Może poświęcisz dla nas chwilkę i wyrazisz swoją opinię? ☼

Szablon by
InginiaXoXo