10 czerwca 2016

[112] Terry Turner „Gertrude”

Tytuł: „Gertrude”
Osoba: Terry Turner
Rodzaj: dramat (?)
Uwagi: zawiera jedno przekleństwo (to mało, jak coś)
Autorka: captain



W Nowym Jorku pogoda nie dopisywała, zamglone niebo wyglądało tak jakby deszcz miał za chwilę runąć na wyschniętą ziemię i brudne chodniki. Panowała niezmierna duchota.
Przewracał w dłoniach papierosa z paczki, którą zabrał lub pożyczył, jak kto wolał, od swojego znajomego — Bena; wcale nie potrzebował tytoniu, nawet go nie chciał. Jego organizm również, tak samo ludzie idący wokół, wiecznie się gdzieś śpieszący, nie pragnęli poczuć zapachu dymu papierosowego. Dlatego tylko stał, obracając go w dłoni i zastanawiał się, co właśnie się wydarzyło:
Wysoka, chuderlawa dziewczynka o niebieskich oczkach i małych usteczkach zaciśniętych w podkuwkę podeszła do niego i zapytała głosem pełnym słodyczy:
— Dlaczego pan tak źle wygląda?
Terry nie wiedział co odpowiedzieć, jęknął tylko żałośnie i z otwartymi, zaschniętymi ustami, spojrzał na matkę jasnowłosej dziewczynki. Kobieta również zszokowana pytaniem dziecka, szarpnęła ją za chudą rączkę i gdy jej policzki nabrały widocznej różanej barwy, kazała dziecku przeprosić, prychając głośno:
— Jak możesz być tak bezczelna?!
— Przepraszam, mamusiu!
I zniknęły między tłumem szarych przechodniów.
Terry potrafił jednak odpowiedzieć na to pytanie, a prawda dotarła do niego, dopiero gdy dziewczynka odeszła razem z poczerwieniałą ze wstydu matką. Jego ciemne włosy były krzywo przystrzyżone przez niemiłą fryzjerkę z Manhattanu, nad brwią widniała blizna po roztłuczonej butelce piwa, a jego brudne i spocone ciało potrzebowało odpoczynku. Organizm się buntował. Żołądek krzyczał, a głowa bolała; nieprzespane noce, dnie spędzone na szwendaniu się po zatłoczonych ulicach. Nawet umysł nie chciał przyjąć tego do wiadomości, zbyt zmęczony smutnym życiem.
Zacisnął wargi, spuścił głowę i przymknął na chwilę oczy, chcąc odsapnąć, nie myśleć o niczym, zasnąć na brudnej, szarej i zapełnionej ulicy. Nikt by nawet nie zauważył, dało się słyszeć z ust Terry'ego, nikt by nie spojrzał...
Pamiętał wszystko tak jakby wydarzyło się wczorajszego, pięknego dnia, gdy to siedział w domu Bena i palili razem, rozkoszując się wolnością i własnym smutkiem z nią związanym. Matka, zapalona szachistka, wyrzuciła go z domu, dowiedziawszy się, że popełnił wielkie w jej oczach przestępstwo. Terry wiedział, że był rozwydrzonym i złym dzieckiem, choć matka nigdy tego nie powiedziała i że postąpił źle. Tyle razy próbował przeprosić za to, co zrobił, tyle razy zachodził pod mały, biały domek rodzinny, tyle razy błagał matkę o przebaczenie. Jednak słowo się rzekło, a słowo matki Terry'ego było brutalne i z takimi właśnie skutkami.
Terry był pijany. Nie tak bardzo jak ostatnio, ale alkohol i tak nie działał na niego, tak jak powinien. Jego blada twarz nabrała nienaturalnej barwy, zbyt blada by być żywą. Kobieta ubrana w jaskrawoczerwony płaszcz, wyróżniający się na tle niewyraźnego, zamglonego świata Terry'ego, podeszła do niego ze zmartwioną miną.
— Dobrze się czujesz?
Nie dostała odpowiedzi, słyszała tylko pisk opon samochodów, radio taksówkarza i urywki rozmów. Terry trzymając się ledwo na nogach, wsparty o o ścianę brzydkiego budynku, wyglądał jakby dusza z niego już uszła. Kobieta zacisnęła wąskie wargi o jaskraworóżowej barwie i żując gumę, wyciągnęła chudą, zadbaną dłoń i delikatnie trąciła nią Terry'ego. Zsunęła czarne okulary przeciwsłoneczne z nosa i uniosła brew w górę.
— Ej, żyjesz, co?
Terry otworzył szeroko oczy, wpierw widząc wszystko za mgłą, marzył o ciepłym domu, matce i o czymś do picia, nawet o znienawidzonej kawie. Widział niewyraźne kontury ludzi przechodzących na przeciw niego, zupełnie go omijających, niezainteresowanych, aż w końcu rozmyta kolorowa plama stała się dla niego widoczna i ujrzał przed sobą kobietę o różowych włosach do ramion w czarnych, skórzanych kozakach prawie po uda.
— O Jezu, myślałam, że padłeś. Kijowo by było, nie? Ale wszystko jest ok, co?
Terry otarł popękane wargi rękawem dżinsowej kurtki i przymknął jeszcze raz oczy, na chwilę, sekundę.
— Wszystko w porządku — wyszeptał, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. — Jesteś dziwką?
Kobieta nie wyglądała na zadowoloną, jednak założyła z powrotem okulary i przeżuwając gumę, zapytała słodko:
— A ty bezdomnym? — Żucie gumy. — To było bardzo nietaktowne.
— Wiem.


*


Terry uznał, że nie ma nic do stracenia i zaprosił Rose, bo tak podobno nazywała się kobieta, która go uratowała, do baru ulicę dalej. Nie miał pieniędzy, jednak uznał, że nie będzie sobie tym zawracał głowy. Właściciel baru i tak nie miał monitoringu, a Terry nie pierwszy raz działał przeciw prawu.
— Powiedziałem bratu, że ma białaczkę. Załamał się — powiedział beznamiętnie Terry.
— I dlatego tak wyglądasz? Ostro — odpowiedziała Rose i zapaliła papierosa. — Nie rozumiem złości, przecież prędzej czy później by się dowiedział. — Bawiła się zapalniczką.
— On ma jedenaście lat.
— Och...
— Właśnie.
Terry zabrał jej niebieską zapalniczkę z dłoni i zapalił ją. Wpatrywał się w płomień; czuł się źle, żałował słów, które wypowiedział styczniowej nocy. Żałował, że powiedział chłopcu, żałował, że się wtedy upił, żałował, że się urodził.
Tak!
Rose zniknęła. Terry siedział sam przy brudnym stoliku w obskurnym barze i wpatrywał się teraz przed siebie bez wyrazu, bez nadziei... Gdyby nie ona, pewnie zasnąłby na ulicy, zmarzł, może umarłby w końcu, z samotności.
— Zamówiłam ci herbatę, gościu. Znam właściciela. — Usłyszał za sobą, a po chwili Rose znalazła się naprzeciwko, znów przy stoliku. — I nie mam na imię „Rose”.
— A jak? — zapytał spoglądając w jej niebieskie oczy, jak kolor zapalniczki.
— Gertrude. Matka mnie nie kochała.
Gorzki śmiech.
— Dziękuję, Gertrude.


halo, halo, wyjeżdżam na plenera, więc jestem okropnie smutna, ale przynajmniej udało mi się coś przed nim napisać. nie wiem też nawet czy mogę posługiwać się dużą czcionką, ale co ja mam poradzić jak mi się arial nie podoba, a reszta jest za mała, żeby dobrze czytać. nom. wybaczta mi. w ogóle po tym czasie uznałam, że jestem mało towarzyska. muszę to naprawić. serio. strzałeczka. idę robić karne szkice. (w ogóle to składaj ktoś do mnie zamówienia, bo nie mam co robić przez wakacje. błagam).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy, najdrobniejszy komentarz daje nam motywację do publikowania kolejnych prac. Może poświęcisz dla nas chwilkę i wyrazisz swoją opinię? ☼

Szablon by
InginiaXoXo